Moje pierwsze tipsy
 by Gruszka

 

 

Moją dłoń całuje Mężczyzna. Delikatnie dotyka ciepłymi wargami wewnętrznej  jej strony, czule muska każdy paluszek - opuszek, paliczek, wrażliwą skórę u ich nasady... Przyciągnął do swojej twarzy moją rękę i obsypuje niebiańskimi pieszczotami... Jesteśmy blisko siebie, czuję jego uwodzący męski zapach, zmieszany z lekką nutką wody kolońskiej... Tracę zmysły, mruczę, lewituję, roztapiam się w słodkiej rozkoszy... i nadal pozwalam mu całować moją dłoń...

 

Jesteśmy w restauracji. Jest sobotni wieczór. Kolacja była wyśmienita, a deser bardzo seksowny... Podano granatowe wino w romantycznych pąkach kieliszków - delektujemy się lekkim szumem w głowie... W mozaikowo splecionych szklanych wazonikach ciepło migoczą świece... Do jego ciemnego garnituru perfekcyjnie pasuje moja szykowna czarna sukienka wieczorowa z kuszącym dekoltem i dyskretnie połyskującymi mankietami. Spod czarnej obfitej spójności wyłania się nagle delikatna i gładka, aksamitna w dotyku dłoń z długimi, mieniącymi się tysiącami iskier paznokciami.

 

Matowe, spokojne, beżowo-różowe tło skóry i nagle - wybuch tysięcy galaktyk, rozbłyski powstających gwiazd, złoto i srebro, perły, brylanty... Zachwycam się tą niesamowitą grą odblasków i zauważam leki uśmiech na Jego ustach - on też się zachwyca... moją dłonią i paznokciami. Czuję się bosko - oto posiadam harmonię i piękno - na własnych dłoniach, z własnej i nieprzymuszonej woli!  Mianowicie zrobiłam swoje pierwsze tipsy... :)

 

Jak to się stało że tyle emocji i pięknych słów wzbudzają we mnie kawałki plastyku i masy żelowej? Czy tipsy dają szczęście?

 

Myślę, że chodzi tu nie tyle o tipsy, ile o stan w jaki mnie wprawiają. Zaczęło się wszystko od okładki pewnej gazety. Przelotnie zerknęłam na stoisko z gazetami w kolejce do kasy i nagle stałam jak wryta - z okładki patrzyły na mnie dwie uśmiechnięte, zadbane, skąpo ubrane, bardzo puszyste, ale jakże atrakcyjne dziewczyny! Makijaż, fryzura, manicure, pedicure, cudownie opalone, ani jednej grudki cellulitu na niemałej, ale jakże kształtnej pupie, kusząco ściśnięte piersi, rozbłyski biżuterii... No i te pełne wigoru i zabawy pozy!

 

Pod zdjęciem podpis - Kobiety, które polubiły siebie. Natychmiast kupiłam i tuż w paru krokach za kasą przeczytałam cały kilkustronny artykuł o tym, jak we Wrocławiu odbywał się pokaz odzieży dla puszystych. Organizatorki pomysłu opowiadały, jak szukały modelek, pytając przechodzące po wrocławskim Rynku puszyste dziewczyny czy by się zgodziły wziąć w tym udział. Natychmiast zaczęłam okropnie żałować że nie trafiło na mnie, bo... bo... bo chcę być jak dziewczyna z okładki!

 

Gdy o tym pomyślałam patrząc na ich zdjęcie, po raz pierwszy w życiu nie poczułam ściskającego żalu w dołku i otrzeźwiania siebie samej:" Z czym do ludu, kobieto! Musiałabyś ze 100 operacji odsysania tłuszczu przejść, a do tego jeszcze nic nie jeść przez rok, tylko na rowerze treningowym pedałować do bólu! Przecież i tak nigdy nie osiągniesz tego ideału, to po co się starać?!.." Zamiast zwykłego dołowania się i wpadania w jeszcze większe kompleksy, zachwyciłam się i podekscytowałam. Przecież moje oczy właśnie patrzyły na przepiękny przykład tego, że nie muszę zwracać zjedzonego obiadu, ani katować się drakońskimi dietami, a nawet ukrywać się w narzucie czołgowej! Mogę być piękna - właśnie taka jaka jestem i już teraz! Zszokowało mnie to...

 

Mój mózg widzi poprostu kobietę z nadwagą, lecz rozum, dusza i poczucie estetyki docenia gładko wygolone nóżki, równie opaloną skórę, seksownie ułożone włosy, świetny makijaż, piękne paznokcie i bardzo przyjemne dla oka, kuszące i dobrze dobrane do puszystej sylwetki stroje! Nie schowały wałków tłuszczu na bokach, sporego brzucha czy dużych ud pod workami wzorzystych tkanin, ale zadbały o nie... Tak, by było przyjemnie na nie patrzeć, by nie zatracało się poczucie harmonii, równowagi, estetyki i dobrego gustu.

 

Nie wyeksponowały bladych galaret, wylewających się z za małego ubrania, ani opuchniętych, szerokich jak patelnia lic z przyklejonymi rzęsami i jaskrawo czerwonymi, wszystko chłonącymi, otworami gębowymi - na wzór amerykańskich diw hamburgerowych. Ale pokazały piękno estetyczne, tak jak ono w każdym człowieku jest założone. I w tym puszystym też. Wyłoniły je, wyodrębniły, oczyściły z kompleksów, ubrały w ładną oprawę i pokazały światu jak najcenniejszy klejnot. Odwaliły kawał dobrej roboty!

 

I teraz ja ten klejnot zobaczyłam i odkryłam nagle że posiadam taki sam, nieobrobiony, nie oprawiony, ale w istocie rzeczy piękny i warty odkrycia. I zobaczyłam tez jak i czym go można oszlifować i w jakie oprawy najkorzystniej oprawiać. I zrozumiałam czemu warto - bo wtedy sama się przekonam, czego jestem warta. Ja i moje życie.

 

Jest to kwestia także wyglądu zewnętrznego. W naszym świecie wygląd zewnętrzny bardzo się liczy i znaczy bardzo dużo, niezależnie od tego jak bardzo to negujemy. Na jego podstawie rozpoznajemy czy ktoś jest atrakcyjny, ma poczucie estetyki, czy jest wart uwagi z naszej strony. Jest takie stare przysłowie "witają cię po szatach, żegnają - po rozumie". Czyli najpierw zawsze oceniamy wygląd zewnętrzny, dopiero potem dajemy szansę temu, co człowiek ma w głowie i sercu. Tak samo jest z osobami puszystymi - jeżeli minus w postaci tuszy nie jest zrównoważony (a może nawet przeważony) plusami schludnego, czystego, gustownego, pozytywnego - czyli estetycznego wyglądu, to szansy pokazać się od środka takiej osobie nie dajemy. Poprostu. Podświadomie. I w sumie mamy rację.

 

Ponieważ jeśli człowiek nie umie dbać chociaż o wygląd zewnętrzny swojego zmęczonego nadwagą ciała, okazując mu przez to szacunek, sympatię, miłość - nie będzie też umiał dbać o innych, szanować, lubić, kochać... No i po co się z takim zadawać?  Prosta logika, żelazna. Nie do przebicia. Więc jeżeli chcę uwagi, szacunku, sympatii i miłości innych, powinnam zacząć od dbania o siebie, w tym od swojego wyglądu zewnętrznego. Logicznie.

 

A tu się jeszcze okazuje że jest to jak najbardziej możliwe i tak naprawdę bardzo proste - na wyciągnięciu ręki. Więc zaczęłam od dłoni. Manicure bardzo mi się podobał, ale moje paznokcie okazały się być tak łamliwe i słabe, że okruszki frencza już następnego dnia strzepywałam z czarnych spodni. I wtedy zdecydowałam się na tipsy. Nigdy nie robiłam przed tym tipsów, więc wybadałam jak najwięcej na ten temat w necie, od znajomych, u kosmetyczek i manicurzystek, aż po przeanalizowaniu wszystkich dostępnych mi informacji stwierdziłam że warto spróbować. W osiedlowym studiu urody umówiłam się na wizytę i z wielką tremą, jak pacjent przed operacją, udałam się w wyznaczony dzień do specjalistki. Dziewczyna była miła i staranna, zabawiała mnie rozmową i sprawnie zajmowała się moimi pazurami. Jedynie przy suszeniu owego nabytku pod specjalną lampą przy każdej warstwie czułam ostre pieczenie, ale powoli ustąpiło i dało się utwardzić żel. Cały czas uważnie obserwowałam siebie i swoje samopoczucie, ale jednak przeżyłam cały zabieg - raptem 3,5 godziny! Porządnie odsiedziałam sobie tyłek!;) Jeszcze tylko manicure - oczywiście wtopiony w żel frencz(w moim mniemaniu wygląda najschludniej i zawsze dopasowuje się do każdego stylu), warstwa nabłyszczająca, psik "wysychaczem"...

 

I już leciałam rozanielona do mojego Mężczyzny, pochwalić się pierwszym krokiem do zadbania. Mężczyzna docenił to wieloma pełnymi zachwytu słowami i mimo późnej pory zabrał mnie do Rynku by to uczcić dobrym winem...

 

A więc siedzę teraz w mojej gustownej czarnej sukience wieczorowej z kuszącym dekoltem... wystawiam kokieteryjnie z połyskujących mankietów zadbane, nakremione, udekorowane gustowną biżuterią dłonie... i moje zachwycająco długie, tajemniczo iskrzące się tipsy uwodzą tego wspaniałego Mężczyznę...Tak, kochanie, wyobrażaj sobie jak Cię będzie drapać dzika kotka swoimi pazurkami, gdzie dokładnie i za jakie Twoje czyny!

I całuj, całuj...