
Od kilku dni najbardziej dyskutowanym i cytowanym tekstem w polskich mediach jest wypowiedź Jacka Żakowskiego, buntującego się przeciwko ustawowemu zakazowi palenia papierosów w miejscach publicznych. Głos Żakowskiego przebił wszystkie przedwyborcze oświadczenia, stał się bardziej słyszalny niż rozłam w PiS-ie i ekstrawaganckie przyzwolenie Benedykta XVI dla męskich prostytutek, by używały prezerwatyw. Sam jestem niepalący, ale od zawsze mam wokół siebie palaczy i nauczyłem się z nimi żyć. Wprowadzenie zakazu palenia traktuję jako życiowe ułatwienie, ale też nie przywiązuję do niego jakiegoś specjalnego znaczenia. I pewnie nie emocjonowałbym się stanowiskiem Jacka Żakowskiego, gdyby on sam mnie nie zaczepił. Otóż w swej filipice, jako głównych wrogów nikotynistów uznał „niepalących grubasów”.
Mniejsza już o trafność tego spostrzeżenia, dużo bardziej interesuje mnie, skąd bierze się przyzwolenie na agresywną retorykę wobec osób otyłych. Wiem, co piszę, bo doświadczam tego od prawie pół wieku. Zawsze byłem gruby, jestem gruby i prawdopodobnie grubym pozostanę aż do końca. Czy moje i innych grubych prawa obywatelskie zostały w jakiś sposób ograniczone? Czy tylko szczupła sylwetka jest przepustką do cywilizacji i szacunku? Jak to się dzieje, że ceniona osobistość polskiej sceny publicznej, autor o lewicowej wrażliwości nie wyczuwa, że mocnymi słowami dotyka ogromnej rzeszy osób? Zresztą nie chodzi tylko o Jacka Żakowskiego. Grubasy nie mają dobrej prasy i nie obowiązują w odniesieniu do nas żadne zahamowania. W ostatniej „Vivie” Piotr Najsztub rozpoczyna wywiad z Ryszardem Kaliszem od pytania: „Dlaczego właściwie się Pan tak zapasł?” W kolejnych akapitach również nie odpuszcza: „I tak został Pan spaślakiem…”. Jacek Poniedziałek w swojej książce Wyjście z cienia opowiada z kolei o tym, że „tłuszcz jest obleśny”, zaś otyli w środowisku homoseksualnym „są często w pogardzie”. O Żydach, ciemnoskórych, pedałach i inwalidach żartować już raczej nie wypada. Grubych nie chroni żaden kodeks.
Łatwo można by uznać, że to temat dla kolorowych mediów. Ale z poziomu lajfstajlu, dzięki przyzwoleniu na słowną agresję, problem ten przeistacza się w bardzo mocne wykluczenie. Sklepy z ciuchami dla grubasów (zwane w moim kręgu „monstre-shopami”) ukryte są zawsze gdzieś w bocznych ulicach, na przedmieściach, tak by nie niepokoić swoim istnieniem szczupłej większości. Zawalone są zresztą workowatymi i burymi ubraniami, które również służą wymazaniu grubych ze społecznego pejzażu. Lekarz, do którego idziesz, jeszcze zanim zapozna się z wynikami badań i analiz już wie, że główną przyczyną wszystkich dolegliwości jest otyłość. Doradcy personalni przekonują, że nie masz co marzyć o nowej pracy, jeśli nie schudniesz. Fotele w kinach są za wąskie, pasy bezpieczeństwa w samolotach – za krótkie. Grubasowi wolno mniej, grubas musi się pilnować, grubas jest nieustannie na cenzurowanym. W przeciwieństwie do palaczy nie może przejść do drugiego pomieszczenia, gdzie bycie grubasem nikomu nie będzie przeszkadzało. Grubasem jest się ostatecznie i nieodwoływalnie. Bez wyjścia.
Tu zresztą ujawnia się hipokryzja systemu, w którym żyjemy. Narastająca w świecie zachodnim epidemia otyłości jest wynikiem bezwzględnej walki o zysk, toczonej od kilkudziesięciu lat przez globalną branżę spożywczą. Najpierw tuczy się klientów produktami coraz gorszej jakości, za to tanimi i mocno energetycznymi, by potem zarabiać kolejne krocie na sprzedawaniu cudownych diet i marzeń o zdrowym trybie życia. Ja w tej grze uczestniczyć nie mam zamiaru. Pozostanę swoim własnym grubasem. I proszę o uszanowanie tego wyboru.
Felietony Macieja Nowaka