
Dorodne panie
tekst: Ewa Bury
foto: Agnieszka Kraska

O co chodzi?
Prawda jest taka, że kobieta nie może być duża i silna. Oczywiście, jeśli chce i potrafi, to proszę bardzo! Ale okupić to musi sporą konsekwencją. Najlepiej, gdy kobieta prezentuje się jako drobna, krucha i mała istota. Jak stereotypowa Japonka. A raczej – Japoneczka. Przecież do roli wyznaczonej społecznie kobieta nie potrzebuje ani siły, ani wzrostu, ani rozległości. Ni wielkość, ni moc nie są potrzebnej do najbardziej znanego sposobu uprawiania prokreacji ani kuszenia samca – wystarczy leżeć i pachnieć. Rzecz jasna, istotny jest duży rozmiar piersi i pupy, ale również do pewnego momentu. Zbyt duże piersi i pośladki stają się przedmiotem żartów i docinków. Sytuacja, w której kobieta jawi się jako duża i silna, to sytuacja z reguły komiczna. Porównania do niemieckiej Helgi, która łupie tyłkiem orzechy, należą do klasyki. Niemki i Skandynawki faktycznie bywają dość spore – szerokie, rozłożyste biodra, mocne nogi i ramiona, obfite piersi. A fakt ów uważa się za wielce zabawny. Jednak duża część kobiet jest, a jeszcze większa chce być – mała, krucha, delikatna, eteryczna. Do takiego wzorca kobiety – małej, drobnej, łagodnej istotki – pragnie się upodobnić w większości światowa populacja, a kobieca jej część dąży doń niczym do wzorca metra z Sèvres. A te, którym do owego wzorca daleko, czynią gorączkowe zabiegi, żeby się choć zbliżyć. Sposobów jest wiele. Są diety: od względnie łagodnych po systemy katorżnicze. Są rozmaite sporty czy raczej kolorowe, rytmiczne parasporty, jak aerobic, fitness bądź pilates. Są kręgi i grupy wsparcia w misji odchudzania. Jest hipnotyczny wpływ mody, a zwłaszcza modelek, konsystencją ciała przypominających szkielety ze szkolnego gabinetu biologii. I najważniejsze: jest społeczny nakazowo-rozdzielczy przymus, który jak transowy infradźwiękowy stały szum programuje mózg kobiety od dzieciństwa.

I teraz dochodzimy do sedna sprawy. Dlaczego kobieta nie może być duża i silna? Odpowiedź nasuwa się taka – może, ale nie chce. Dlaczego? Bo chce się podobać, fajnie czuć, ładnie wyglądać. Duża, silna kobieta podobać się nie może. Być może znajdzie konesera, ale przecież nie chce być wyłącznie niszowa. Pragnie szerokiej społecznej akceptacji, czyli spojrzeń pełnych aprobaty, stosownego i częstego feedbacku, że wszystko jest cacy. Lecz co z tymi, które nie pasują do schematu... Co z tymi, które są duże, silne czy wręcz po prostu grube, obfite i bogactwem ciała zasłaniające świat? Wśród z nich są te, które nie potrafią z różnych powodów osiągnąć wzorca. Ale są także takie, które nie mają najmniejszego zamiaru go osiągać. Mają własny wzorzec. Są duże, obfite i rozległe. I są z tego dumne. Tymczasem same kobiety radzą obfitej – kochana, pobiegaj, przejdź na dietę, słuchaj, mam tu taką idealną dietę akurat dla ciebie, zrób to dla zdrowia, moja droga. Jest to prawdziwy terror. Terror wizerunku. Nie maleje on mimo rozmaitych akcji, promujących pełniejsze ciało, takich jak na przykład reklamy marki Dove – występujące w nich modelki dalekie są od anorektycznej kościstości. Terror wizerunku cwałuje jednak w najlepsze. Jego ofiarami padają nie tylko anorektyczki czy bulimiczki. To także, a może przede wszystkim kobieta skacząca jak węglowodanowy motyl z diety na dietę, która swój nieznacznie zaokrąglony brzuszek postrzega jako nienawistną lipidową fałdę.
Terror wizerunku – co się za tym kryje
W sztuce Gruba świnia Neila LaBute’a związek z grubaską zostaje napiętnowany jako mezalians. W powieści Pani Wyrocznia Margaret Atwood otyłość jest powodem konfliktu między matką a córką. A przecież kiedyś było na odwrót – tłusta była w cenie, a nad chudą pochylano się jak nad chorą. Rubensowskie kształty świadczyły o zdrowiu, sile, dobrym odżywieniu, bogactwie. Na wsi , która jest zwyczajowym przetrwalnikim dawnego, duża, dorodna kobieta wciąż bywa postrzegana jako zdrowa, syta, silna, wytrzymała. Odnajdywane na niemal całym świecie prehistoryczne figurki przedstawiają kobietę wielką, o potężnym brzuchu i takichż piersiach, wybitnym łonie, silną i władczą. To Bogini i jednocześnie ziemska kobieta – płodna i władcza, dorodna i szeroka jak Matka Ziemia. Te wyłaniające się z głębin czasu wielkie panie mówią nam, że ciało kobiety jest święte, że należą mu się szacunek i miłość. Należą się one także największej z Rodzicielek – Matce Ziemi. Analogie nazw rzeźby terenu do części kobiecego ciała są oczywiste i nadal możemy je odnaleźć w naszym słownictwie. Najbardziej znana to łono natury – żyzne i rozległe, pełne życia, bogate. Jest także matecznik – centrum leśnego świata. Piersi z kolei porównywane się do gór i pagórków, brzuch i wagina to jamy, groty, pieczary. Tryskające źródła to nie gejzer falliczny, lecz kobiecy ejakulat. Kobieta bywa także gorąca jak lawa i czasem eksploduje niczym wulkan. Jeszcze w Biblii, w Starym Testamencie, odnajdziemy te porównania. W Pieśni nad Pieśniami włosy „przyjaciółki mej” są jak „stado kóz falujące na górach Gileadu”, brzuch to „stos pszenicznego ziarna okolony wiankiem lilii”, oczy są niczym „sadzawki w Cheszbonie”, piersi „jak grona winne” lub „dwoje koźląt, bliźniąt gazeli”, głowa wznosi się niczym Karmel, a sama kobieta jest „źródłem mego ogrodu, zdrojem wód żywych spływających z Libanu”. Dlaczego zatem było cechy, które były atrybutami kobiety – dorodność, rozłożystość, obfitość – stały się z czasem jej przekleństwem?
International Size Acceptance Association
|
(ISAA, Międzynarodowe Stowarzyszenie Akceptacji Rozmiaru) – międzynarodowa organizacja promująca tolerancję dla rozmaitych rozmiarów, jakie potrafi przybrać ciało. Jej celem jest walka na drodze prawnej z terrorem wizerunku i dyskryminacją osób, zarówno dzieci, jak i dorosłych, których gabaryty nie mieszczą się w ogólnie przyjętej normie. ISSA za dyskryminację rozmiarową uważa każdy przypadek, w którym ktoś zostanie potraktowany gorzej ze względu na rozmiar swojego ciała. Akceptacja rozmiarowa wg ISAA to akceptacja siebie i/lub innych osób niezależnie od wagi i rozmiaru ich ciał. www.size-acceptance.org |