...MOJA HISTORIA...
Dzieciństwo.........
Najtrudniej zawsze
jest mi się rozkręcić , bo nigdy nie wiem od czego mam
zacząć. Z racji tego iż w założeniu ma to być moja biografia ( jak
to dumnie
zabrzmiało ) postanowiłam zacząć od początku, ba , od samego
początku nawet, czyli od dzieciństwa.
Urodziłam się jako zupełnie przeciętne dziecięcie przeciętnych
rodziców.Tendencja , która wtedy panowała w medycynie dla mojej
mamy stanowiła podstawę wychowania dziecka. Zagladając niedawno w
moją książeczkę urodzenia , przeraziłam się czytając zalecenia
lekarza pediatry ile i co jaki czas mam zjadać.Z opowiadań rodziny
wiem , że wmuszenie mi choćby jednego kęska jedzenia dawało mojej
mamie i babci nieopisaną radość. Kiedy
już po prostu nie mogłam nic w siebie wcisnąć odbywało się
przedstawienie tak szalenie interesujące, że otwierałam mordkę w
wielkim zdziwieniu i mechanicznie mlaskając pochłaniałam to, co
się w niej podstępem znalazło. Kiedy przestało skutkować kręcenie
kolorową parasolką, wprowadzono nowy repertuar - czyli taniec w
turbanie z kolorowego ręcznika, a potem oglądanie znaczków mojego
biednego wujka. Do dzisiaj wypomina mi , Bogu ducha winnej , że
zafajdałam jedzonkiem całą jego pieczołowicie zbieraną kolekcję
unikatowych znaczków z całego świata.I tak sobie wyrosłam na
rocznego bobasa
z wkręcanymi nóżkami i rączkami, fałdkami na całym ciele dosłownie
, poza
noskiem może jedynie...
A potem , ku wielkiemu zdziwieniu mojej mamy , pan doktor
powiedział , że będzie mi się trudno nauczyc chodzić. Mylił się
jednak, ponieważ poszło mi to całkiem gładko i mniejsza ilość
jedzenia oraz zupełnie dla mnie nowa i intensywna forma ruchu jaką
stało się chodzenie a nawet bieganie dało dobre rezultaty i
wkrótce znów stałam się zupełnie przeciętnym maluszkiem. Wyrosłam
na normalne małe dziecko...i było normalnie nawet pomimo
nieustannie powtarzającej się kuracji Encortonem i pomimo
uporczywie powracającego pseudo krupa, który jak się potem okazało
miał podłoże alergiczne i zniknął bezpowrotnie w wieku lat
dziesięciu.
Do dnia dzisiejszego pamiętam słowa mojej mamy wypowiedziane
podczas wizyty
u kolejnego lekarza, który miał odkryć dlaczego nagle zrobiłam się
gruba : "myślałam, że to minie kiedy dojrzeje, była bardzo
przyjemnie zaokrągloną panienką i gdyby tak jej zostało byłoby w
porządku". Ale nie zostało...waga z każdym rokiem wskazywała o
kilka kilogramów więcej i więcej. Pamietam także ten ogromny stres
jaki towarzyszył mi zawsze podczas wizyt u kolejnych cudownie
mądrych lekarzy, którzy mieli sprawić, że znowu będę przeciętna.
Pamiętam moje każdorazowe ogromne rozczarowanie kiedy okazywało
się, że żadne z ich zaleceń nie daje spodziewanych rezultatów.Z
jeszcze większym stresem wiązały się świąteczne wizyty mojej
ciotki z Kolonii, która przybywała do nas zawsze z ogromnym worem
wyczekanych i nieosiągalnych w naszych komunistycznych sklepach
słodyczy. Kiedy zamknę oczy jeszcze dudni mi gromki głos mojego
ojca : "Nie jedz tej czekolady tyle! Kto będzie chciał się ożenić
z taką czeską babą!"
W ostatnich klasach szkoły podstawowej opanowałam do perfekcji
symulowanie choroby, w myśl powiedzenia : paluszek i główka to
szkolna wymówka.Z tym, że u mnie była to wymówka bardziej lekarska
niż szkolna.Przeglad zaczynał sie zawsze od starszych klas , więc
miałam troszkę czasu, aby "przygotować" moją mamę na zbliżającą
się grypę, która miała rozwinąć się w przedzień kiedy higienistka
pukała do drzwi naszej klasy. Nie zapomnę upokorzenia jakiego
doznawałam wchodząc na wage w gabinecie higienistki w obecności
przynajmniej połowy mojej klasy - połowy, bo 36cioro uczniów nie
wmieściłoby sie po
prostu do tak małego pomieszczenia. Dźwięk mimowolnego pomruku
patrzących na
mnie rozebraną do bielizny i chrząkanie pani higienistki
zapisującej na czerwono w mojej kartotece obecny stan mojej
'nadwagi' też pozostaną w moich uszach do końca życia.
Osiagnięciem ogromnym było to ,że po 'przebytej grypie' udawałam
się do gabinetu na ważenie i mierzenia sama jedna. O dziwo ,
lekcje WFu sprawiały mi przyjemność. Byłam dość ruchliwa i
energiczna , a poza tym silna. Jestem wdzięczna mojej mamie, że
nauczyła
mnie pływać zaraz po tym jak nauczyłam się chodzić.Pływanie
właśnie sprawiło, że moje mięśnie dobrze się rozwinęły i mimo
nadwagi nie miałam nigdy kłopotów z kręgosłupem , płaskostopiem i
tym podobnymi ułomnościami nękającymi dzieciaki w wieku
dorastania. Tak więc WF był fajny, no może z wyjątkiem ćwiczeń 'na
bazie' skakania.Wtedy już, podczas takiej lekcji mogłam symulować
bardzo bolesną miesiączkę.
Także dzięki dobrej psychologicznej opiece mojej mamy dawałam
sobie nieźle radę z rówieśnikami kochającymi przeciętność. Zawsze
kiedy przybiegałam do niej na skargę, udzielała mi rad nigdy nie
ingerując w moje konflikty. W ten sposób nauczyłam się radzić
sobie z nieprzychylnym mi otoczeniem, a w wieku lat 8miu miałam
juz na koncie 'strzał w pysk' jednego podwórkowego kolegi.Koledzy
i koleżanki wiedzieli, że uwagi na temat mojej sylwetki mogą
wygłaszać tylko i wyłącznie za moimi plecami, inaczej źle się to
dla nich
skończy.
Większość czasu zabawowego spędzałam na płaczącej wierzbie w
towarzystwie chłopaków, ewentualnie byłam mamą w udawanej rodzinie
, tudzież kierowniczką sklepu cukierniczego zaimprowizowanego w
piaskownicy , czy też nauczycielką w zaimprowizowanej szkole.Poza
tym , że ładnie rysowałam ( zwracano się do mnie z prośbą o ozdoby
graficzne zeszytów, pomoc przy pracach z plastyki ) miałam dar
przekonywania ludzi , predyspozycje do szefowania i poczucie
humoru oraz pomysłowość i umiejęstności organizowania zabaw
zespołowych. Słowem - kiedy byłam na podwórku nuda nie miała
szans! Dzięki tym cechom charakteru , poza nielicznymi przypadkami
dającymi się policzyć na palcach jednej ręki , ze strony
rówieśników nie doznawałam nieprzyjemności i zawsze miałam wokół
siebie grupę oddanych przyjaciół. Gorzej było z lekarzami i z
ojcem, który dokuczał mi tylko w żartach i co
tymbardziej spędzało mi sen z powiek.
Wczesna młodośc i
początki dorastania
Kiedy wstępny egzamin
konkursowy do liceum plastycznego zdałam na czwartym
miejscu i bez kompletnie żadnych znajomości , rodzice , a
zwłaszcza ojciec,
byli ze mnie dumni.Ja sama byłam również bardzo szczęśliwa , bo
była to
szkoła o której marzyłam od siódmej klasy podstawówki.
Co więcej specyficzny klimat szkoły i panujący tam 'artyzm' dawał
mi
możliwości ubierania się artystycznie. Długie ciemnie wory - tak
nazywał
móje fatałaszki mój ojciec. Pamiętam , że często też zwracał się
do mnie per
'Żałobnico".
Czułam się doskonale mogąc zakryć wszystkie swoje kragłości.
W liceum byłam przeciętną uczennicą. Okres buntu też przechodziłam
dość
łagodnie, bo zaangażowałam się w chrześcijaństwo. Nie był to
jednak Kościół
Katolicki , lecz zbór protestancki. Dawało mi to poczucie inności
jeszcze
większe niż reszcie uczniów już i tak przecież nietuzinkowej
szkoły. Z moim
darem przewodnictwa i , powiem nieskromnie , charyzmą byłam
niezastąpiona w
organizowaniu ewangelizacji i głoszeniu Słowa Bożego w szkole i
na
wszelkiego rodzaju obozach.
Na początku drugiej klasy zaczęłam zwracać uwagę na pewnego
chłopaka o
imieniu Wojtek, starszego ode mnie o 4 lata , który był uczniem
ostatniej
klasy naszego liceum i aktywnym członkiem zboru Agape , do
którego również
należałam. Była to taka typowa fascynacja nastolatki, oczywiście
jednostronna i nie byłoby w tym kompletnie nic nadzwyczajnego ,
gdyby nie
fakt , że moje kompleksy zaczęły dawać o sobie porządnie znać. Nie
zdawałam
sobie wówczas sprawy , z faktu , że wystarczającym powodem do
ignorancji
jaką 'obdarzał' mnie mój obiekt westchnień była różnica
wieku.Byłam
absolutnie przekonana , że ten brak zainteresowania wynika tylko i
wyłacznie
z mojego zbyt okrągłego wyglądu.
Zaczęłam więc pierwszą dietę. Pamiętam dokładnie , że ważyłam
wtedy 75kg.
Była to bardzo typowa dieta pod tytułem ŻM , czyli "żreć mniej" i
dawała
efekt. Nie przypominam sobie już w tej chwili ile udało mi się
zrzucić.Za to
dokładnie pamiętam moment , kiedy zjadłam moją pierwszą czekoladę
- z
rozpaczy oczywiście.Było to w dniu , kiedy Wojtek na jednym ze
spotkań
młodzieży zboru , przedstawił nam swoją dziewczynę , Amerykankę o
imieniu
Noemi.
Następną dietę zaczynałam ważąc już 82 kilogramy. Było to mniej
więcej po
niecałym roku od poprzedniej. Zaczęłam wtedy 3cią klasę liceum.
Moj
najlepsza , 3 lata ode mnie młodsza przyjaciółka Kasia poznała
chłopaka i
zaczęła z nim chodzić. Do tej pory , pomimo iż moje rówieśniczki z
klasy już
miały chłopaków i spotykały się z nimi , pozostawała mi ostoja w
postaci
młodszej ode mnie Kasi. Na imprezę zawsze mogłam pójść z
nią...Teraz to się
zawaliło.Pamiętam sobotę kiedy dzwoniłam do niej , żeby umówić się
na
wyjście do naszego ulubionego klubu , a ona powiedziała : " nie
obraź się
Marta , ale obiecałam Maciejowi , że pójde z nim gdzieś
indziej".No i zaraz
potem zakołatały mi w głowie dobrze już znane słowa "kto będzie
chciał się
ożenić z taką czeską babą?! "
Dieta znowu przyniosła efekt. Schudłam i to sporo. Nawet mój
własny ojciec ,
którego było bardzo trudno zadowolić chwalił mnie na forum rodziny
i
znajomych. Byłam z siebie dumna.
Wracając z moich osiemnastych urodzin z moją inną przyjaciółką z
klasy ,
Dorotą , zaczepiło nas dwóch niesamowicie fajnych chłopaków.
Zaczęliśmy
spotykać się we czwórkę. Dorocie podobał się Michał - ten wyższy i
nieco
przystojniejszy , ale jak dla mnie zbyt słodkawy. Maksym spodobał
się mnie.
W miarę rozwoju znajomości miałam jednak coraz większe wrażenie ,
że Dorota
podoba się i Michałowi i Maksymowi. Wysoka , długowłosa blondynka
, zgrabna
i bardzo inteligentna. ( wtedy nie wiedziałam jeszcze , że Dorota
ma
początki anoreksji - na początku liceum była nieco przy kości, a
potem nagle
zaczęła chudnąć ) Przekonałam się o tym , kiedy jedna z moich
koleżanek
powiedziała mi, że widuje Dorote z Maksymem i z Michałem osobno ,
co
znaczyło , że moja przyjaciółka spotyka się z nimi na przemian za
moimi
plecami.Szlag trafił efekt jaki dała dieta.
Mojego pierwszego faceta poznałam na początku klasy piątej -
ostatniej.
Korespondencyjnie.
Czekając na lekcje angielskiego ( wybierałam się wtedy na
filologię ) u
mojej babci w mieszkaniu , od niechcenia przeglądałam jakąs
gazetkę i
trafiłam na anons. Odpisałam też od niechcenia i wielkie było moje
zdziwienie , kiedy przyszła odpowiedź. Ponieważ Waldek był z tego
samego
miasta spotkaliśmy się prawie od razu. Spodobałam mu się i
odwrotnie. Miał
długie włosy ,a ja skończyłam z chrześcijaństwem zagłębiając się w
subkultury muzyki metalowej.
Martwiło mnie jednak to , że nie czułam się lepiej...pomimo to ,
że przecież
miałam wreszcie faceta.Chociaż on tego nie wymagał ( zawsze
powtarzał , ze
moja tusza mu nie przeszkadza ) zaczęłam kolejna dietę. Bardzo
bardzo
restrykcyjną. Zjadałam dziennie 3 zupki w proszku o zawartości w
sumie 400
kcal. Kuracja zalecana była na 3 miesiące , ja stosowałam ją przez
ponad pół
roku.Schudłam 25 kilogramów i znowu ważyłam nieco ponad 70kg.
Nadal nie
czułam się lepiej.Zaczęłam zauważać przepaść intelektualną , która
dzieliła
mnie i Waldka , jego znajomych i moich znajomych. Moi rodzice nie
darzyli go
sympatią . Mama robiła dobrą minę do złej gry, ojciec natomiast
otwarcie
objawiał swoją niechęć. Pamiętam jak pojechaliśmy razem na wakacje
do mojej
rodziny w Szwecji. Waldek wtedy pracował już w firmie mojej mamy ,
jako
instalator klimatyzacji. Mój 'szwedzki' wujek , poprosił go o taką
szybką
mini konserwcaję ich klimatyzatora , który kupili u nas w firmie.
Nie muszę
chyba dodawać , że siedzieliśmy z Waldkiem w ich domu za darmo i
za darmo
tam jedliśmy przez dwa tygodnie. Odpowiedź Waldka była krótka i
rzeczowa : "
Ja mam tera urlop" ( TERA ). Po tym incydencie zaczęłam zauważać
coraz
więcej i więcej złych cech i manier mojego wybranka. Na moją
prośbę Waldek
poszedł do szkoły wieczorowej. Miałam nadzieję , że kiedy uzyska
jakies
,minimalne chociaż wykształcenie , będzie to lepiej widziane i coś
sie
zmieni. Nie chciałam kończyć związku , żeby znów zostać sama. Poza
tym , bez
wzgledu na to , jaki był ( główną rolę tutaj odgrywało jego
wychowanie i
pochodzenie ) do tej pory myślę , że mnie kochał w sposób w jaki
kochać
potrafi bardzo prosty człowiek - nie potrafiłam powiedzieć , że
chcę to
skończyć również ze wzgledu na niego.Byliśmy ze sobą ponad 3 lata.
Nie muszę chyba już pisać , że na przestrzeni tak długiego czasu
pełnego
stresu i niespełnienia intelektualnego u boku kompletnie
odbiegającego od
moich wyobrażeń idealnego mężczyzny , efekty diety Cambridge szlag
trafił.
Był to najstraszniejszy dla mojego ciała efekt jo-jo. Pod koniec
naszego
związku ważyłam ponad 100 kilo.
Swój pierwszy modem dostałam na gwiazdkę od ojca. Internet
poznawałam sama,
na własną rękę.Zaczęłam od stron internetowych , które łączyły w
sobie
przyjemne z pożytecznym . Aby mieć kontakt z żywym językiem (
byłam wówczas
studentką drugiego roku anglistyki ) korespondowałam z ludźmi z
całego
świata.Bardzo mnie to fascynowało. Świat komputerów stał się moim
drugim
życiem.
I pewnego dnia trafiłam na ciekawego Szweda....
Nauka o samej
sobie.....
Micke przyjechał do
mnie dwa razy. Ostatni wyjazd skończył sie nagle po tym
jak dostał telefon , że jego ojciec miał wypadek.Przestał się do
mnie po
prostu odzywać. Czekałam 3 miesiące , zanim zrozumiałam , że to po
prostu
koniec.
Zajadałam frustracje i nabierałam kilogramów.
Waldek znowu okazał się dla mnie ostoją spokoju i pomyślałam ,że
ta nauczka
, która dostałam od życia powinna mi wystarczyć i być może los
przez to
chciał nauczyć mnie pokory i szacunku do tego co mam. Pamiętam
słowa mojej
przyjaciółki , szcześliwie zakochanej Doroty : " lepsze jest
wrogiem
dobrego".
Trwałam więc u boku Waldka zajadając każde niespełnienie i wieczną
nudę.
Znów czegoś brakowało. Nie pamiętam już ile czasu minęło gdy znów
natknęłam
się na mężczyznę, który po kilku linijkach napisanych naprędce w
ICQ (
komunikator podobny do gadu-gadu ) wydał mi się jakoś dziwnie
bliski.
GIJS
Początkowo rozmawialiśmy o muzyce. Tak jak ja studiował angielski.
Był 3
lata ode mnie młodszy i mieszkał w małej miejscowości pod
Amsterdamem.Rozmawialiśmy ze sobą ponad 4 miesiące, po 6, 7 godzin
dziennie.
Mówiliśmy sobie wszystko. Przyznałam się , że nie jestem szczupła.
Zareagował sympatycznie. Wyciągnęłam od niego informację , że on
również nie
jest. Zmusiłam go do przesłania zdjęcia dopiero tuż przed
umówionym
spotkaniem.
Spotkaliśmy się w maju. Czekałam na niego na dworcu przez ponad 4
godziny ,
bo zepsuły się niemieckie komputery sterujące zwrotnicami. Wysiadł
zestresowany bardziej niż ja.Był pewien , że już nie czekam.
Spędziliśmy ze
sobą tydzień w niewielkim motelu "Pod Kaczorem" 30 km za
Poznaniem. Prawie
nie sypialismy - rozmawialiśmy godzinami. Czułam , że wiele nas
łączy , on
Gijs też zauważył , że jesteśmy do siebie niesamowicie podobni.
Imponowało
mi to , że intelektualnie przeywższał mnie znacznie, mimo różnicy
wieku.
Przepięknie mówił po angielsku i pisał poezję. Był bardzo wysoki ,
sięgałam
mu zaledwie do łokci. Miał długie włosy. Obietkywnie oceniając był
jednym z
najprzystojniejszych facetów , z którymi byłam, pomijając
oczywiscie fakt ,
że był gruby. To , poza intelektem kręciło mnie u niego
najbardziej.
Znajomość ta , była jednak dla mnie czymś zupełnie innym niż
poprzednia z
Micke. Nie zaangażowałam sie uczuciowo - owszem , pamiętam jak
przyspieszało
mi serduszko , kiedy pojawiał się na ICQ lub kiedy dzwonił. Nie
miało to
jednak nic wspólnego z miłością czy nawet zakochaniem. Rozum
podpowiadał mi
,że to za daleko i że Gijs jest zbyt młody , zeby wiedzieć czego
tak naprawdę
chce od życia.
Nie pomyliłam się w tej ocenie. Być może decyzję o zakończeniu
naszej
znajomości podjął obserwując moje zachowanie i czuł , że się
oddalam...
Oddalałam się faktycznie. Któregoś dnia znalazłam stronę z
anonsami i
postanowiłam zostawić na niej swój ślad. Ogromne było moje
zdziwienie z
odzewu , z jakim się spotkało moje ogłoszenie. Zrobiłam swego
rodzaju
eksperyment. Napisałam od razu i wprost o tym , że jestem
grubaską. Pamiętam
dokładnie ,że moja skrzynka nastepnęgo dnia przyjęła 144
wiadomości e-mail.
Wiele czasu zajęło mi wyłuskanie tego , co mnie naprawdę
interesowało.
Zaczęłam intensywnie korespondować z pewnym prawnikiem z Łodzi.
Gijs musiał
czuć , że jest juz na drugim planie.
Zadzwonił któregoś wieczoru i powiedział mi, że dla niego ta
sytuacja jest
zbyt trudna , że zbyt tęskni i uważa , że trzeba to zakończyć,
póki jeszcze
można. Kamień spadł mi z serca.
Rafał
Wiele wymieniliśmy e-maili , zanim do mnie przyjechał. Urzekło
mnie w nim to
, że był człowiekiem na poziomie i facetem z klasą. Starszy ode
mnie
zaledwie kilka lat , a jednak osiągnął już tak wiele. Zaimponowało
mi
również to , że otwarcie przyznawał się do swoich upodobań jeśli
chodzi o
kobiety. Nazywał je pluszakami.
Przyjechał do mnie po miesiącu intensywnych rozmów internetowych.
Na
weekend. Spędziliśmy go również w motelu "Pod Kaczorem". Rafał był
normalnej
budowy ciała. Patrząc na to z perspektywy czasu myślę , że
napisałam do
niego , bo był prawnikiem przyznającym się do umiłowania krągłości
tak
otwarcie jak tylko można było , i chciał czegoś więcej niż tylko
seksu.
Również wysoki , ponad 195cm , były koszykarz o silnych ramionach
i blond
włosach. Kompletne przeciwieństwo mojego ideału. Pamiętam jak w
łóżku
zamykałam oczy i wyobrażałam sobie inne ciało...żeby móc odlecieć.
Myśląc o Rafale po jego wizycie u mnie dokonałam poważnego
odkrycia w moim
życiu seksualnym.
Przypomniało mi się dziwne uczucie w podbrzuszu , którego
doświadczałam
obserwując dwóch puszystych kolegów w mojej klasie szkoły
podstawowej.
Przypomniało mi się jak mi było fajnie kiedy Waldek zmienił pracę
z
fizycznej na umysłową i nabrał nieco bardziej miękkich kształtów.
Byłam już
pewna , że kręci mnie u mężczyzn to samo , co mam ja.
Pomijając Rafała , do tej pory trafiałam na misie przez zupełny
przypadek.Rafał natomiast nie był taki najgorszy , bo ....cóż ,
miał
perspektywy i był bardzo wysoki, przez co dawał mi poczucie bycia
malutką.
Tak , doszłam do tego , że uwielbiam czuć się malutka i drobna. Im
partner
większy tym ja czuję się mniejsza.
Kiedy pojechałam z wizytą do Rafała jego rodzice przyjęli mnie
bardzo
ciepło. Miałam większe wyrzuty sumienia niż się tego spodziewałam.
W
międzyczasie postanowiłam spróbować odpisać na jeszcze kilka
listów , które
przychodziły w odpowiedzi na moje coraz to wymyślniejsze anonse, w
których
coraz śmielej określałam to jaka jestem i to kogo szukam. Rafał
był
sprytniejszy niz myślałam i mniej naiwny niż się tego
spodziewałam.Włamał
się do mojej skrzynki pocztowej i przeczytał całą moją
korespondencję. Było
mi przykro , choć może nie chodziło o to , że oczywiście zakończył
naszą
znajomośc , lecz raczej o to , że naruszył moja prywatność.
Skupiłam się
więc znowu na spotkaniach intrnetowych. Poznałam w ten sposób
wielu
mężczyzn , mniej i bardziej wartościowych , którzy z biegiem czasu
uczyli
mnie jaką jestem kobietą. Dotarło do mnie , że mogę sobie w nich
przebierać
i wybierać. Nie pamiętam nawet w tej chwili wszystkich imion , ale
myślę ,
że było ich około 15stu , zanim poznałam Mikołaja , ojca mojej
córeczki.
O Erneście...
Historia naszej znajomości zaczęła
się w sposób bardzo niekonwencjonalny...a właściwie mocno
skomplikowany.Wstyd przyznać - z moje winy. Bardzo doceniam fakt,
że dał mi drugą szansę mam nadzieję i zrobię wszystko, że nigdy
nie będzie tego żałował.
Poznaliśmy się już dwa lata temu,
kiedy byłam w 7 miesiącu ciąży z Roxaną. Co może wydawać się
dziwne , nie na internecie. Poderwałam Ernesta w hipermarkecie, w
którym pracował. Pierwszy raz zobaczyłam go w folderze reklamowym,
który jego firma rozsyłała na początku powstania sklepu.
Zobaczyłam fotkę, która w jakiś niesamowity sposób różniła się od
pozostałych i natychmiast postanowiłam sprawdzić jak facet wygląda
w rzeczywistości. No cóż...był dużo fajniejszy niż w
folderze.Kilka tygodni główkowałam jak mam go poznać. W końcu
wpadłam na genijalny pomysł zostawienie mu listu na półce w dziale
, ze który był odpowiedzialny. Nie pamiętam już dokładnie co tam
nawypisywałam, ale było to mniej więcej : " Lubię pluszaki, jeśli
jesteś wolny, zapraszam na kawę/piwo ( niepotrzebne skreślić ). No
i połknął mój haczyk - spotkaliśmy się na piwie. Niektórym pewno
wyda się niemożliwe, że ciąży nie było po mnie widać ( macicę
miałam raczej schowaną wgłąb pod żeberkami , przez co prawie nie
mogłam oddychać ). Ernest nic nie wiedział o tym, że spotyka się
nie z jedną, a z dwoma kobietami. Wszystko wyszło na jaw, kiedy
urodziłam i wtedy nasza znajomość ochłodziła się bardzo. Nie
podejmowałam prób spotkania, mimo iż myślę, że on wtedy chciał,
ale dla mnie świat zewnętrzny nie liczył się wtedy za bardzo. Za
wszelką cenę pragnęłam stworzyć jej szcześliwą rodzinę ( tutaj
odezwało się znowu piętno 'tej gorszej' ) pomimo uprzednich
ogromnnych nieporozumień pomiędzy mną, a jej ojcem.W tej nowej
roli mój partner sprawdzał się znakomicie, więc żyłam pełna
nadziei, że jeszcze jakoś nam się ułoży. Kolejny kryzys zaczął się
kiedy mała skończyła 3 miesiące...
Głupie i niesprawiedliwe z mojej
strony było to, że ilekroć w moim związku zaczynało się sypać
myślałam o Erneście.Dawał mi jakieś niepojęte poczucie
bezpieczeństwa i spokoju, a jednak nie miałam odwagi, żeby zacząć
życie od początku.Spotkaliśmy się raz, po czym znowu podwinęłam
ogonek pod siebie i uciekłam do swojego życia.
Ponad rok czasu potrzebowałam, aby
pozbawić się wszelkich złudzeń na temat mojego związku z tatą
mojej córki.Podejmowałam potem próby budowania czegoś z kimś
innym, ale również się pomyliłam , tym razem co do samej siebie.
Starałam się nie dostrzegać pewnych faktów, stosowałam tak zwany
'obiektywizm wymuszony ' czego dzisiaj ogromnie
żałuję...ale...człowiek na błędach ma się uczyć.Patrząc na to z
perspektywy czasu wiem, że ani on ani ja nie byliśmy w stanie
sprostać swoim wzajemnym wymaganiom. Oboje popełnilismy duży błąd,
którego już nie da się cofnąć Mimo, iż się rozstaliśmy wierzę, że
nasza córka nie będzie z tego powodu cierpieć. Obiecaliśmy sobie
wzajemnie, że oboje dołożymy do tego wszelkich starań.
Ernest cały czas się gdzieś pojawiał.
Mijając go samochodem myślałam kilka dni, próbowałam odszukać jego
numer telefonu, dzwoniłam z pamięci...dopiero jesienią roku 2002
przez zupełny przypadek znalazłam jego profil w internecie i
napisałam kretyńskiego maila. Nie sądziłam, że będzie skłonny w
ogóle się mną zainteresować. Ale...znów zaczęliśmy się spotykać.
Wszystko potoczyło się bardzo szybko. O wiele szybciej niż to
miało miejsce w moim życiu do tej pory. Niesamowite dla mnie w
związku z Ernestem jest to, że nie musiałam wielu rzeczy
analizować, nie musiałam rozważać ZA i PRZECIW, bo sytuacja była
dla mnie jasna i klarowna. Nie wiem....może to jest wynik tego, że
wreszcie dorosłam i wiem czego chcę od życia. Przedtem każda
decyzja dotycząca związków była długo ważona i spędzała mi sen z
powiek - tym razem , podejmując ją dokładnie wiedziałam czego
chcę, a co więcej nie zadawałam sobie już pytań o treści : "Jak to
będzie?"
Teraz, kiedy jestem już mamą i żoną
po upływie 10 lat od tamtego burzliwego procesu dojrzewania mojej
osobowości widzę, jak było to infantylne z jednej strony, z
drugiej zaś jak bardzo mi potrzebne. Zastanawiałam się też
niejednokrotnie czy to było prymitywne? Budowałam sobie przecież
poczucie własnej wartości na podstawie powodzenia u facetów...ale
czy nie jest tak, że każdy człowiek potrzebuje akceptacji? A
zwłaszcza, każda kobieta?
Moja przygoda z XL zaczęła się w
momencie kiedy byłam już świadomą swojej atrakcyjności kobietą.
Zawsze miałam pociąg do altruistycznych działań, postanowiłam więc
podzielić się moimi życiowymi wnioskami z innymi kobietami. W
oparciu o moje doświadczenia w pracy modelki xl oraz kilkuletnim
studiowaniu stron amerykańskich, założyłam własny serwis
internetowy, który nadspodziewanie mi się rozwinął dając ogromną
satysfakcję....
XL POZYTYWNIE jest moją ogromną
pasją, poświęcam mu większość wolnego czasu kosztem innych
przyjemności.Bardzo załuję, że nie mam możliwości zrealizowania
wszystkich pomysłów przychodzących mi do głowy, mam jednak
nadzieję, że nadal będę kontynuować to co robię, być może na
jeszcze większą skalę.